Blog będę się starał pisać z pozycji 50-latka i dla osób, które są zainteresowane internetem,ale gramatyki uczyły się z elementarza, a nie z gadu-gadu, a pierwsze rysunki robiły kredkami zamiast GIMP-em.
wtorek, 31 marca 2009

Omnia deficiant, animus tamen omnia vincit - choćby wszystko zawiodło, to duch wszystko pokona (Owidiusz)
może akurat nie ten duszek, ale się przyda...

Ghostery - mały, pożyteczny dodatek do przeglądarki Firefox.


Po zainstalowaniu i restarcie przeglądarki, na pasku statusu pojawi się ikonka duszka.
Jeżeli wejdziemy na stronę, na której znajdują się skrypty śledzące z zainteresowaniem nasze wędrówki w sieci, ikonka zmieni barwę - duszek się zaczerwieni.

Ghostery
podaje również ilość takich ciekawskich skryptów na stronie (często jest kilka), a także - wyświetla ich listę. Można tę opcję wyłączyć, gdyby lista szpiegów miała nas rozpraszać, lub tylko zmiejszyć czas wyświetlania okienka z informacjami.

Przejrzałem kilka stron - o ile na polskich serwisach informacyjnych nie było tragicznie, o tyle np. na mojej ulubionej stronie z ciekawymi serwisami - MakeUseOf.com - duszek wypisał całą listę.
Jest to tym zabawniejsze, że właśnie tam przeczytałem o Ghostery.

Przeglądanie stron i zerkanie na ikonkę jest dość pouczające - na stronach większości serwisów internetowych sygnalizowana jest obecność skryptów, skrzętnie monitorujących naszą aktywność w internecie i wyciągających wnioski typu "jak by tu wycisnąć z internauty trochę pieniędzy?".

Oczywiście są to w większości skrypty nieszkodliwe w tym sensie, że nie skasują nam dysku czy nie podrzucą "konia trojańskiego", tym niemniej - warto zdać sobie sprawę z ogromu zbieranych na nasz temat informacji. 

Aktualna wersja Ghostery to 1.3.9,  do ściągnięcia tylko 57 kB. Ta wersja pozwala wykryć około 135 śledzących internautę usług. 

Dodatek jest dość popularny - ponad 300 tysięcy osób pobrało już "duszka".

Coś ostatnio dużo "duszków" u mnie - duszek podrzuca temat, inny  duszek ostrzega...
Trzeba będzie przejść na skrzaty...

poniedziałek, 30 marca 2009


Artificem commendat opus
– dzieło mistrza chwali

a jak ja się ostatnio chwalę...

Qwiji to nowy projekt - przygotowywany od 2008 roku, zaprezentowany w lutym tego roku, aktualnie w wersji beta.
Niektóre z nowych serwisów są naprawdę ciekawe - ten, dzieło dwóch zapaleńców z Tel-Awiwu, bez wątpienia do nich należy.

O co chodzi?
Autorzy serwisu używają porównania telewizyjnego: tworzymy własny program z dostępnych w internecie elementów i publikujemy go w sieci.
Z elementów - możemy bowiem w naszej składance użyć nie tylko tradycyjnych filmów z YouTube, ale również dowolnych stron internetowych, a także dołożyć jakiś tekst czy zdjęcia.


Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce.
  • zakładamy konto - musimy podać kilka danych (po co serwisowi nasza data urodzenia?),
  • na stronie głównej możemy obejrzeć dzieła innych; każdy "Web-Show" jest przedstawiony jako grafika w kółku, z tytułem, kanałem (np. Music), ilością odtworzeń itd.
  • klikamy np. na Web-Show Paco De Lucia i widzimy opis zawartości oraz spis elementów, z których prezentacja jest złożona, a więc - 8 filmów z YouTube i dwie strony internetowe - wszystko na temat muzyki gitarowej.


Po kliknięciu na PLAY... No właśnie.
  • po kliknięciu na PLAY w oddzielnym oknie przeglądarki możemy obejrzeć 8 klipów z muzyką flamenco i stronę internetową gitarzysty.
Nawigacja jest prosta - strzałkami <- i -> z klawiatury, lub klikając myszką na żółte strzałki na ekranie. Automatyka - "Comming soon..." niestety...
Ciekawa sprawa - jest też okno wyszukiwarki, Google oczywiście. I działa.

A jak zrobić swój Web-Show?
Proste - jak wszystko co opisuję.

Klikamy na Create Web-Show i robimy audycję dla świata - w trzech krokach:
  • I. Show Setup: podajemy kilka rzeczy typu nazwa naszego dzieła, opis, tagi, wybieramy kanał do którego tematycznie go przydzielamy i jakiś obrazek na okrągłą "czołówkę",
  • II. Show Items: budujemy show, wybierając jedną z ikon na górze, a więc:
URL - dodajemy adres URL strony, którą chcemy pokazać, wraz z opisem,
Movie - tu podajemy kod filmu, znalezionego na YouTube,
Editor - dość rozbudowany edytor tekstowy; możemy coś napisać, wkleić, dodać zdjęcia, linki, film itp. i dołączyć do prezentacji.

Do każdej pozycji (film, strona, tekst) możemy dołączyć grafikę czy zdjęcie.
Kliknięcie na Preview otwiera "show" i pozwala skontrolować dzieło.  

  • Gotowe? To krok III.
    Save i klikamy na Publish.

Teraz gotowe i dostępne - będziemy sławni...
Prócz tego, ze możemy się pochwalić w serwisach Facebook, MySpace, Twitter i jeszcze kilku miejscach, otrzymujemy adres, który możemy zamieścić np. na blogu.

Moje naprędce stworzone dzieło - trochę muzyki z lat 60-70tych - możecie obejrzeć TUTAJ...

Myślałem, że po Twitterach, Pixslrach i Twirlach żadna nazwa nie wyda mi się dziwna... Myliłem się. 
 
 

sobota, 28 marca 2009

Aspera res prima est, sed fert industria laudem - Wysiłek jest na początku rzeczą przykrą, lecz przynosi chlubę.

 

 

 
ilka dni temu (25 marca) minął rok od startu tego bloga.

Nie przywiązuję szczególnego znaczenia do rocznic, więc tylko kilka zdań - i to z opóźnieniem...
Początkowo zamierzałem pisać głównie o sprawach podstawowych - czemu warto zmienić  Internet Explorer 6 na prawdziwą przeglądarkę i czy istnieją inne serwisy społecznościowe prócz Naszej Klasy (uwaga: istnieją...).
Szybko mnie to znudziło - osoby, dla których internet to ta niebieska ikonka z literą
e  na pulpicie, i tak nie czytają blogów. Piszę po prostu o ciekawych serwisach internetowych.
Jako człowiek leniwy i unikający zbędnych kłopotów - głównie o nowych serwisach zagranicznych. Nikt ich u nas nie zna, często jestem np. setnym użytkownikiem - ciekawe dla mnie i dla czytelników. A czasami trafiają się prawdziwe perełki.

Pisałbym sobie spokojnie, raz na 2-3 dni, sęk w tym, że zaczynając pisanie wzorowałem się we wszystkim na świetnym Poradniku Webmastera Pawła Wimmera.
Stąd - tematyka, codzienne wpisy, styl... nie, naśladowanie stylu i elokwencji Pawła nie jest niestety możliwe.
Wzorowanie się naraziło mnie zresztą na pewne koszty (Paweł bardzo chwalił swój notebook MSI Wind - jeden z moich najbardziej trafionych zakupów. Chociaż ostatnio trudno mi go wyrwać z rąk córki - też uważa go za dobry zakup...), dlatego od kilku miesięcy nie czytam Poradnika Webmastera...

Pisanie bloga dalej mnie bawi, poznałem kilka naprawdę interesujących osób i naprawdę użytecznych serwisów. A stos nie przeczytanych rzeczy rośnie...

Ponieważ pisanie "dla siebie" nie jest zabawne, staram się przede wszystkim nie nudzić. A więc - trzeba kończyć. Ach nie, nie cieszcie się - trzeba kończyć TEN WPIS.

Zajrzę sobie w jedno miejsce, jak co dzień - Poradnik internauty, kapitalny blog, naprawdę...

     

20:01, one.jack
Link Komentarze (22) »

W serwisie Educational Technology Clearinghouse znajdziemy m. in.  kliparty i tła (podkłady) do prezentacji, a także - gotowe szablony prezentacji, do wykorzystania w programach PowerPoint oraz Keynote. Naprawdę duży wybór.

Samych klipartów jest ponad 40 tysięcy, podzielonych na kategorie, jest też wyszukiwarka.

 

Do prezentacji - tysiące podkładów i szablonów, a każdy ma jeszcze różne wersje.

 

Przykładowo  - w podkładzie Metal mamy kolejne modyfikacje i wersje:

 

W serwisie znajdziemy też tysiące zdjęć z Florydy oraz map całego swiata.

Czy można z tego swobodnie korzystać?
Kliparty, szablony, podkłady itd. możemy wykorzystywać - z pewnymi ograniczeniami. A więc - nie więcej niż 50 grafik, do zastosowań niekomercyjnych i edukacyjnych. Takich, jak np. mój blog... 

  

17:06, one.jack , Grafika
Link Komentarze (1) »

Signum temporis
– znak czasu

 
W sobotni ranek - dwie ciekawostki z różnych dziedzin.
 
Ciekawe, chociaż amatorskie nagranie z występu zespołu ArcAttack, grającego muzykę dość "zelektryfikowaną".
Tym razem w głównej roli dwie cewki Tesli (a dokładnie: DRSSTC's czyli Dual-Resonant Solid State Tesla Coils).
W rezultacie otrzymujemy pokaz błyskawic - no cóż, już wiosna. Podobno na żywo robi to duże wrażenie...
 

SexyBack vs. Legend of Zelda Theme on Two Tesla Coils from Trammell on Vimeo.

Z zupełnie innej beczki - znowu ciekawostka o  Twitterze.

Kilka dni temu Amerykanie pasjonowali się pierwszym - od czasu  objęcia prezydentury - "wpisem" (czy raczej aktualizacją statusu) dokonanym w serwisie Twitter przez Baracka Obamę .
W trakcie kampanii był on dość aktywnym użytkownikiem, ale teraz ma mniej czasu. Tym niemniej - konto jest dalej aktywne i bardzo popularne; ponad 610 tysięcy osób śledzących wypowiedzi B.O.
Obama jest drugim pod względem popularności użytkownikiem serwisu.

Więcej "śledzących"(696 tysięcy) ma tylko CNN Breaking News.

O ile większość ludzi rozumie, że Barack Obama ma trochę codziennych zajęć i może mu brakować czasu na buszowanie (niezamierzona aluzja...) po internecie, o tyle zjawisko określane jako "ghost Twittering" jest raczej oceniane negatywnie.

O co chodzi?
Po prostu Twitter jest tak popularny, że będąc osobą znaną warto tam mieć konto (mam...).
Tyle, że niektórzy "celebryci" są zbyt ... hm... leniwi?... tępi?...no po prostu nie chce się im wpisywać kilkudziesięciu znaków co jakiś czas, więc wynajmują osoby robiące to za nich, w ich imieniu.  Fajna robota - ciekawe, jaka "wierszówka", może się zainteresuję?

Tu jesteśmy w czołówce - jeden z naszych polityków też niedawno ujawnił, że do przeglądania internetu ma wyznaczone osoby, bo on... no... zajęty oczywiście ważnymi sprawami.

Taki znak czasów...

Odpowiednie hasło jest nawet w Wikipedii!
Ghost Twitter is the practice of hiring someone else to tweet on your behalf. This is commonly done by politicians, actors and other celebrities.
The person that posts the tweet is referred to as the ghost-tweeter.

11:07, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 marca 2009

In eodem prato bos herbam quaerit, canis leporem, ciconia lacertam  - Na tej samej łące wół szuka trawy, pies zająca, a bocian jaszczurki.

Kyfoss to wyszukiwarka - Martin Andrino chwali się na blogu, że jest to najszybsza wyszukiwarka na świecie...

Czy "naj..." - trudno powiedzieć, widziałem już kilka wyszukiwarek, które wyświetlały (czy raczej: podpowiadały) wyniki wyszukiwania w trakcie wpisywania zapytania.
Ale jest rzeczywiście szybka.

Ta zrobiona w technologii AJAX wyszukiwarka jest też dość ładna i funkcjonalna. Możemy szukać określonych typów danych - zdjęć, MP3 (chyba nie działa...) czy map (korzysta z zasobów Google).


Po wpisaniu Cieszyn otrzymujemu zarówno zdjęcia centrum w dobrej rozdzielczości (Cieszyn załapał się na zdjęcia robione dla Google Maps w Czechach - przynajmniej część Cieszyna...), jak i zdjęcia "normalne", (a w sekcji Videos znalazłem rewelacyjny filmik - Cieszyn w latach 20-tych, centrum wcale się nie zmieniło).


W sumie - miłe, ale bez rewelacji.

Zainteresowała mnie jednak skuteczność wyszukiwarki.
Po wpisaniu dość rzadkiego nazwiska, w wynikach wyszukiwania znalazłem... sporządzony przez jedną ze stałych czytelniczek "WEB 2.0 z pozycji 50-latka" dokument w serwisie Scribd, zawierający  wpisy z kilku blogów, m. in. mojego,  a w nich - szukane nazwisko... 


Czego to się nie znajdzie w internecie... 

 

czwartek, 26 marca 2009
Verba volant, scripta manent – słowa ulatują, pismo zostaje.
Szczególnie to wykute w kamieniu...

Coś prostego... Ale ciekawego.


Pod adresem znajdziemy prosty serwis, dokonujący transkrypcji naszego nazwiska na  hieroglify, czyli znaki pisma używanego w starożytnym Egipcie.


Ciekawa sprawa - okazuje się, że w do zapisu języka egipskiego  używano przede wszystkim znaków fonetycznych, oznaczających 1, 2 a nawet 3 spółgłoski.

Oprócz tego były używane znaki ideograficzne i determinatywy (znaki określające typ grupy wyrazów).

Dotychczas sądziłem, że poszczególne znaki symbolizowały całe pojęcia - ale wtedy transkrypcja nie byłaby możliwa, bo moje imię to po prostu 5 liter i nie oznacza bynajmniej np. Zielonego Krokodyla Siedzącego u Stóp Palmy...   

Podpiszmy się więc - wystarczy wpisać swoje imię...

Prawdę mówiąc, serwis i wygenerowany przez niego mój  podpis wyglądały mi mało poważnie - ale serwis jest na stronie University of Pennsylvania

Museum of Archaeology and Anthropology.

 

A samo Penn Museum jest dość czczigodne -zostało założone w1887 roku...

 

Zresztą - wyraźnie coś w tym jest. Podpis Pawła (ten po prawej) wygląda jak zwykle poważniej...

 

 

 

 

06:39, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (7) »
środa, 25 marca 2009

Es tibi ipse Mercurius! - Bądź sam sobie Merkurym (posłańcem)!
ale jeśli pogoda marna - użyj internetu...  

Coś praktycznego

JetBytes pozwoli nam przesłać dowolny plik pomiędzy dwoma komputerami. 
Przeteleportować... 
On-the-fly file transfer

Hm, w internecie to nic nowego... 
Można przesłać plik emailem (ograniczenie wielkości...), przez różne serwisy (przesyłamy plik na odpowiedni serwis - czasem nawet bez logowania, podajemy adres kolegi, on dostaje link, klika, ściąga...)

Tak, ale my zrobimy to wyjątkowo prosto.

 

Jak przesłać plik?

  • wchodzimy na http://jetbytes.com/ ,
  • wybieramy na dysku plik do przesłania,
  • serwis generuje link do przesyłanego pliku - kopiujemy go i przekazujemy koledze - na przykład emailem,
  • kolega klika na link i pobiera plik.

Uwaga - oba komputery muszą być w chwili pobierania online - plik jest przesyłany z naszego kimputera do komputera kolegi, bezpośrednio! Nie jest składowany na JetBytes...

Niech ktoś powie, że to się nie przyda...

 

07:00, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 marca 2009

nati melioribus annis - urodzeni w lepszych czasach

Z zupełnie innej beczki. Ale o blondynkach też będzie.
Obejrzałem sobie w sobotę film Deja Vu - sprawnie zrealizowane kino akcji plus motyw pętli czasowej.
Film dobry do oglądania w sobotni wieczór, i gdyby nie hollywoodzkie zakończenie - całkiem do rzeczy.

Mam z nim jednakowoż problem.
Agent Carlin (wszyscy widzą, że to Denzel Washington...) - ten dobry - ginie w końcowych scenach ratując brunetkę (cóż, brunetki też można...).
Dla jej ocalenia cofnął się w czasie o 4 dni z groszami.
Ale za chwilę pojawia się agent Carlin nr 2 - ten z "aktualnego strumienia czasu".
Co prawda nie pamięta przeżyć (dramatycznych) z brunetką, ale ona go pamięta, poznają się... happy end.
Czy na pewno?

Kwestia jest ciekawa - sygnalizował to już Stanisław Lem w Summa Technologiae (45 lat temu!).

Uwaga - przestaję nudzić - robimy eksperyment. Na ludziach.

Nauka poszła naprzód, możliwa jest teleportacja ludzi.
Jak to zrobić? Proste.

  • człek wchodzi do kabiny w punkcie A,
  • urządzenie analizuje położenie wszystkich cząstek elementarnych w jego ciele, człowiek znika - ostatecznie nie potrzeba nam kłopotów i stada bliźniaków,
  • zapis jest przesyłany przez internet nowej generacji do kabiny w punkcie B, tam maszynka odtwarza położenie cząstek. Z kabiny wychodzi ten sam człowiek...Nie do odróżnienia. 
Całość przebiega błyskawicznie - tu człowiek znika, prawie równocześnie pojawia się w drugiej kabinie. Super.

Opowieść 1.
Denzel wchodzi do kabiny na Ziemi i pojawia się na planecie w układzie Tau Centauri.
Te 131 lat świetlnych to żaden problem (patrz prace  A. Zweisteina i słynny "paradoks trojaczków"). 
Czeka tam na niego blondynka, z którą jest umówiony, idą do jakiejś knajpki na tutejsze specjały... Sielanka.

Opowieść 2
Denzel wchodzi do kabiny na Ziemi i pojawia się na planecie w układzie Tau Centauri. Czeka tam na niego blondynka...
Kłopot w tym, że w kabinie na Ziemi nastąpiła awaria i sygnał został przesłany drugi raz. Gdy zakochani spożywają deser z gadających wodorostów - specjalność układu - wchodzi drugi Denzel. Sytuacja kłopotliwa... Który jest prawdziwy i powinien zostać z blondynką?

No, ostatecznie tragedii nie ma - obaj Denzelowie mogą się dogadać,  dobrze się znają, a i blondynka druga też się we Wszechświecie znajdzie...
Nie jest źle.

Opowieść 3
Denzel wchodzi do kabiny na Ziemi i pojawia się na planecie w układzie Tau Centauri. Czeka tam na niego blondynka...
Kłopot w tym, że w kabinie na Ziemi nastąpiła awaria - pożar - i Denzel nie zniknął, tylko zmarł w wyniku poparzeń w szpitalu.

No właśnie - i co teraz, tragedia (Denzel zmarł, zdążył sie pożegnać z rodziną, rodzina ma zdjęcia z pogrzebu i urnę z prochami...) czy happy end (Denzel sobie żyje szczęśliwie z blondynką?). I który był ten prawdziwy?

A teraz - mój problem.

Stan mojego konta z powodu ślubu córki...oh...sorry, to nie to...
O! Już mam:
Lubię w piątek czy sobotę obejrzeć dobry film akcji, ale jako człowiek delikatny z natury i wrażliwy - unikam filmów, które się źle kończą. Z klasyki polskiej np. - lubię Potop, ale Pana Wołodyjowskiego - tylko do połowy...

Czy więc mogę obejrzeć w przyszłości drugi raz film Deja Vu (dobre kino akcji, świetne efekty, Denzel zostaje z piękną brunetką...) czy też nie (Denzel ginie...).


Oczywiście niektóre kwestie - np. kwestię duszy - pominąłem, żeby nie komplikować dodatkowo sprawy...

17:51, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (2) »

Ut natura dedit, sic omnis recta figura est  - Jak dała natura, tak jest właściwa uroda.
Taaak... I cały przemysł kosmetyczny leży - na szczęście mało kobiet zna tą maksymę.

MakeUp  poprawia wygląd ludzi - niestety tylko na fotografiach.

Zdjęcie do poprawienia przesyłamy z naszego dysku, lub podajemy adres internetowy.

Serwis przez chwilę kombinuje - to znaczy przetwarza i opracowuje, chciałem napisać... Zakres poprawek można zmienić (skóra, oczy, wybielanie zębów, ogólne "zmiękczenie" wizerunku... ) - domyślnie są zaznaczone wszystkie cztery opcje.

Miałem problem ze znalezieniem królika doświadczalnego, w końcu znalazłem zdjęcie blondynki - supermodelkę Gisele Bündchen fotograf pstryknął bez normalnych kobiecych ozdobników.
Spróbujmy uratować sprawę.
Na stronie serwisu widzimy już poprawiony wizerunek:



A jaki był orginalny? Wystarczy kliknąć na Source:

Taaak... Różnica dość znaczna. 
Jedna z zalet serwisu - prostota. 

Zastosowanie praktyczne? Jak najbardziej jest.
Zaleca się, aby publikując nasze zdjęcia w sieci, a szczególnie w serwisach społecznościowych, starannie je dobierać - na tej podstawie ludzie nas oceniają...

W serwisie MakeUseOf.com, gdzie znalazłem opis MakeUp, doświadczenia przeprowadzili na Baracku Obamie. Wynik - nawet niezły - możecie obejrzeć tutaj

Ja tam wolę na blondynkach...

 

06:44, one.jack , Grafika
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4