Blog będę się starał pisać z pozycji 50-latka i dla osób, które są zainteresowane internetem,ale gramatyki uczyły się z elementarza, a nie z gadu-gadu, a pierwsze rysunki robiły kredkami zamiast GIMP-em.
niedziela, 30 listopada 2008


Wyszukiwarki ludzi są coraz popularniejsze, co jest konsekwencją zamieszczania w internecie coraz większej liczby danych na temat każdego z nas. Dodam - większość tych danych podajemy sami i zgadzamy się na status "publicznie dostępne".

Szuku.pl to serwis polski, o którym dosyć głośno się mówi od kilku miesięcy, szczególnie od sierpnia, kiedy projekt zakwalifikował się na Seedcamp w Londynie, czyli imprezę promującą najbardziej obiecujące, nowe serwisy.
Był jednym z 23 zespołów w finale Seedcampu (ale był i drugi polski zespół - Adtaily). Można o tym poczytać na blogu twórców serwisu - ciekawe.

A dwa dni temu serwis wystartował oficjalnie - no to szukam człowieka (zawsze myślałem, że to powiedział Diogenes...Dobrze, że jest Google. Fedrus? Kto zacz...).

Testy polowe zacząłem na sobie.
Obsługa serwisu nie jest skomplikowana - okienko, wpisujemy imię/nazwisko lub adres email (ta metoda sprawdza się wyraźnie gorzej), naciskamy Szukaj i serwis przeszukuje różne lokalizacje, łącznie z niektórymi serwisami społecznościowymi. Niestety - tylko niektórymi - a przecież to kopalnia wiadomości.

W moim przypadku - nieźle, ale bez rewelacji.

Piesek w czapce Sherlocka znalazł 4 profile.
Z tego dwa moje (Facebook i GoldenLine), a dwa - Jacka Mońko z firmy YAMO.
Nooo, moi drodzy, gdybym ja miał dwa profile w necie, to bym na chleb nie zarobił... Przynajmniej pisaniem.
Poza tym - wypisał osoby "powiązane" - znowu część z moim alter ego.

Przy każdym wpisie - kółeczko zielone i czerwone. Zielonym akceptujemy wynik, czerwonym - usuwamy.
Klikam cierpliwie - lista osób powiązanych się aktualizuje.
W sumie nie jest tragicznie, ale nie ma emaila do mnie, nie piszę też blogu (masz ci los - teraz się dowiaduję?! To tak jak Beethowen - podobno był tak głuchy, że całe życie myślał, że jest sławnym malarzem...).
Natomiast bezbłędnie wychwycił (Szuku - nie Ludwik van...) artykuł o wyszukiwarkach w PC Worldzie - i to podał w kilku lokalizacjach.
A więc jeżeli chcecie do mnie napisać, piszcie na pcwk@ itd. - to jedyny znaleziony adres.

Ocena - najwyżej 3+ (znalazł jedno zaginione zdjęcie...)

Dla kontroli bierzemy kogoś popularnego w necie.

Ale tylko pozornie - Paweł Wimmer ma tylko jeden znaleziony profil - w LinkedIn.
Ale za to - bogate dossier, łącznie z datą urodzenia (no jasne - my, Lwy...).
A w zakładce Kontakt - cała gama adresów email.
Ogólnie - bez rewelacji. Szuku.pl nie znalazł też dość popularnego (hm...tak dotąd myślałem. A tu - okazuje się - niszowa sprawa...) blogu Pawła - Poradnik internauty.
Cóż, autorzy serwisu mówią, że potrzebują jeszcze trzech miesięcy na "dopracowanie algorytmów AI do przyzwoitego poziomu".

Wrzućmy jeszcze w łapy Szuku.pl pewną osobę z Francji, dość aktywną na forum - trzeba wiedzieć, z kim się dyskutuje.
Wyniki co prawda wyrywkowe, ale są. DocStoc, Radionomy, Veoh, fragmenty dyskusji na forum... O, jest i adres email - to tylko mnie Szuku nie lubi - albo lubi i nie dopuści spamerów.
Ale blogu też nie znalazł.

Podsumowując - Szuku.pl działa na razie bardzo wybiórczo, wyniki są "dziurawe".
Możliwe, że to kwestia tylko dopracowania algorytmów AI tak, aby łączyły dane z różnych serwisów dotyczące danej osoby. Widać, że coś się dzieje, gdy ręcznie akceptujemy właściwe linki - ale na razie jest ..hm..tak sobie.
A przecież konkurencja działa.

Oprócz naszej np. Wyczajki (nadal w wersji beta) jest dużo interesujących wyszukiwarek zagranicznych.

Co prawda są na ogół nastawione na określone lokalizacje (USA), czy zakresy przeszukiwanych serwisów (Naszej klasy nie przeszukują...), ale w znajdowaniu danych są dość skuteczne.
Przykłady - 123People (ciekawa...), iSearch, PeekYou (też ciekawa), Wink czy Yasni.de.

Kurcze, może jednak Diogenes?

 

sobota, 29 listopada 2008
Individurls to kolejny serwis, ułatwiający korzystanie z kanałów RSS.

Ułatwiający w dosłownym znaczeniu - serwis jest prosty w użyciu i możecie polecić go swojej żonie-blondynce (dostanie mi się...) lub koledze w pracy, który umowę wysyła emailem dwa razy, żeby odbiorca miał dwa egzemplarze.

Teraz - konkrety:

1. Zakładamy konto - nick, adres email, 2 x hasło - gotowe.

2. W okienko Website or RSS Feed URL wklejamy... co by tu... aha, adres kanału RSS.



Dla blondynek: skąd wziąć jakiś tam RSS?
Na naszym ulubionym blogu szukamy literek RSS - gdzieś na górze strony, okolice nagłówka, czasem dół strony, często ruda ikona z napisem - w każdym razie ma pisać "RSS" czy "Kanały RSS". Klikamy na RSS prawym klawiszem myszy i wybieramy "Kopiuj adres odnośnika". Potem ten adres wklejamy w okienko na stronie Individurls.


3. Klikamy "Add Site" i czytamy komunikat o sukcesie.
Nie osiadamy na laurach ani filonach - możemy dodać kilka następnych ciekawych miejsc (niekoniecznie blogów). Powtarzamy kopiowanie-wklejanie-dodawanie.

4. Klikamy Customize
   - wpisujemy tytuł naszej nowej strony,
   - na dole strony sprawdzamy, czy o te blogi nam chodziło. W razie czego - DELETE.
   - możemy jeszcze zmienić sposób przeglądania strony w przeglądarce i iPhone (ponoć nieźle współpracuje).



A na górze strony mamy adres naszego dzieła:

http://individurls.com/myfeeds/mjack/

Klikamy Save.

Już gotowe.

Wystarczy kliknąć na link - otworzy się nasza strona, całkiem zgrabna.


Po najechaniu kursorem widzimy skrót wiadomości, po kliknięciu - oryginalny wpis.
Link możemy wrzucić na pulpit, przesłać emailem znajomym czy cioci, umieścić na dowolnej stronie (blog, MySpace czy inny Facebook).

Daelan Wood twierdzi, że zbudował ten serwis głównie dla siebie.
Trochę dziwne - projektant stron internetowych zrobił serwis korzystając z PHP, MySQL i Java Script, zamiast czytać 150 kanałów w FeedDemonie czy czymś bardziej hardcorowym pod Fedorą?

Chciał mieć coś prostego... . Są jeszcze normalni ludzie - w Kanadzie...

21:48, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (5) »

Za co kochamy Google? Za błyskawiczny dostęp do nieprzebranego morza informacji.
Dostęp za darmo; jeżeli ktoś zamierza marudzić o zyskach, reklamach, adsensach i innych nonsensach, niech najpierw włączy telewizor i poogląda dowolny program, z misyjną TVP na czele.

Rozprawiwszy się z malkontentami - do rzeczy.
Oficjalny blog Google podał kilka dni temu informację o udostępnieniu części archiwum magazynu Life.

Dla informacji - Life  to założony w 1936 roku amerykański magazyn fotograficzny, jeden z najbardziej znanych na świecie.
W 2007 roku przestał się ukazywać na papierze - już wtedy zapowiadano, że udostępnione zostanie 10 milionów zdjęć, z czego 97% nigdy dotąd nie było publikowane. Na razie udostępniono "tylko" 2 miliony zdjęć.

Czy warto zajrzeć?

Tak. Life  to była potęga, pokazywał na zdjęciach najważniejsze wydarzenia i zwykłe życie.
Z magazynem współpracowali najwięksi współcześni mistrzowie kamery. Ale najstarsze obrazy w archiwum sięgają ponoć 1750 roku. Można znależć zdjęcia Einsteina czy królowej Wiktorii (np. z 1897 roku - fotografię wynaleziono w 1826 lub 1827).

Jak tam dotrzeć?

Mamy co najmniej dwie drogi.

1. Wchodzimy na adres http://images.google.com/hosted/life 

 

Mamy tam wyszukiwarkę, możemy też kliknąć na któryś link.
Kliknięcie na konkretne zdjęcie otwiera duży podgląd wraz z opisem - a więc wojskowy na pierwszym zdjęciu to akurat "Brig. Gen. Robert C. Schenck, I Corps, Army of VA, during US Civil War", zdjęcie z 1862 roku.
Kliknąłem na Jacqueline Kennedy - niestety, nic. Okazało się, że w Googlu musiałem wyłączyć filtr rodzinny - Jacqueline była niepoprawna? Po wyłączeniu - OK, około 200 zdjęć.

2.  Druga możliwość - szukamy w normalnej wyszukiwarce Google obrazów, dodając parametr  source:life (czyli np. Einstein source:life  - znajdziemy zdjęcia takiego jednego inteligentnego gościa - ale nie reżysera - ten od Potiomkina to był raczej Eisenstein...)

 Potężna dawka ciekawych obrazów...

 

 

czwartek, 27 listopada 2008

Twitter znowu pokazał swoje możliwości

W Polsce o Twitterze niewiele się pisze - takie tam badziewie, niedopracowany komunikator z długością tekstu wiadomości ograniczoną do 140 znaków. Notatka o serwisie w polskiej Wikipedii jest niewiele dłuższa, w wersji angielskiej ma kilka stron.
Bardziej zorientowani słyszeli, że to coś do prowadzenia mikrobloga i że ponoć często się zawiesza.

W niektórych krajach serwis - powstały raptem w 2006 roku - jest już rzeczą niezbędną, kultową. I ma kilka milionów użytkowników.

Dlaczego?
Chociażby dlatego, że świetnie sprawdza się w sytuacjach kryzysowych, w trakcie klęsk żywiołowych czy katastrof, a w zasadzie - przy różnych ważnych wydarzeniach. Krótkie wiadomości można przesłać  z każdego praktycznie miejsca - nie jest potrzebny nawet komputer, wystarczy telefon komórkowy.
W maju jeden z użytkownikówy jako pierwszy powiadomił o trzęsieniu ziemi w Chinach. W kwietniu czytaliśmy o dziennikarzu, który został aresztowany w Egipcie - w drodze na posterunek zdołał przesłać wiadomość "Arrested" do 48 "followers" - czyli osób czytających jego wiadomości, a ci narobili szumu.

Z różnym skutkiem próbowano wykorzystać Twitter  do przekazywania relacji z wielkich konferencji czy zawodów sportowych.
Można na ten temat napisać bardzo dużo - mój czytnik RSS (Google) po wpisaniu "Twitter" podaje:
"Wyniki: tysięcy dla twitter ".
 
Jest więc przydatny jako źródło szybkiej informacji - co się dzieje tu i teraz - przekazywanej przez przypadkowo obecne na miejscu osoby..
Tak było i tym razem.
Tragedia w Bombaju, zamieszanie, szok, panika, brak informacji.
Informacje o tym, co się dzieje TAM i W TEJ CHWILI można od początku śledzić dzięki Twitterowi, o czym zresztą dosyć powszechnie się mówi. Wystarczy zajrzeć np. na TechCrunch .

A najlepiej - zajrzeć na Twitter.com



Aby śledzić wiadomości, nie musimy nawet mieć konta na Twitterze. Powstała cała masa serwisów i usług rozszerzających czy uzupełniających możliwości serwisu. Wystarczy wejść na Twitter Search i wpisać "Mubai"  "Mumbai" lub kliknąć link na ten temat.

Taaa... ciekawa rzecz. Trzeba się będzie "świergotowi" przyjrzeć bliżej...

 

 

20:39, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (9) »
środa, 26 listopada 2008

GreatSummary  to serwis ciekawy, chociaż na pierwszy rzut oka mało efektowny.

O co chodzi?

Proste.
Mamy artykuł na całą stronę, nie chce nam się tego czytać  - GreatSummary skróci go do pięciu zdań, albo nawet - do jednego zdania.
Czyli - przekaże nam same konkrety, najważniejszą tezę, odsiewając ją od różnych ozdobników i dywagacji.

Taka jest teoria - a jak w praktyce sprawdza się pomysł  Yihong Gong  z  NEC Laboratories America?
Sprawdźmy to na artykule "
The Beginners Guide To Promoting Your Blog" Jasona Fallsa, zamieszczonym w  Social Media Explorer.

  1. Wchodzimy na stronę GreatSummary.

  2. Wklejamy tekst, który chcemy "odsączyć", do okienka Paste Text to be Summarized: lub też wklejamy URL (adres) strony w okno poniżej.
    Jeżeli strona z tekstem jest rozbudowana, lepiej sprawdza się metoda wklejania skopiowanego tekstu. Tak zrobimy.

  3. Wybieramy, ile zdań podsumowania chcemy otrzymać (od 1 do 100).

  4. Klikamy Summarize!


Tu mała uwaga - o czym jest oryginalny tekst?
Jason Falls
opowiada o koledze, który pisze dobry blog - tyle, że na MySpace - i potrzebuje rad, jak wyjść na "szerokie wody". Takie rady przydadzą się każdemu, ale nie każdy chce czytać takie długie wywody. Spójrzmy na 5 zdaniowy skrót:



Highlights

Top 5 highlights automatically generated by GreatSummary

Source: User Text

  • 4. Invest Time In Your New Communities You need to invest the time to build these networks of people, just like you did in MySpace. (0)
  • If You Are A MySpace Blogger, Rinse And Repeat Surprisingly, what you've been doing in MySpace is essentially the way to do it elsewhere. (0)
  • They follow me because I share links to interesting sites, ask for their opinions on issues, strike up debate and conversation, toss out funny one-liners from time to time. (0)
  • You don't have a blog if you don't think your writing is important enough to be heard. (0)
  • Read other blogs, comment on them, share those links and blogs with your readers and friends. (0)


Całkiem zgrabnie.
Co prawda, porównując z tekstem źródłowym widzimy, że GreatSummary nie wykonał jakiejś tytanicznej pracy i błyskotliwej syntezy, ale rzeczywiście dość trafnie wybrał kilka najważniejszych tez.
Sprawdźmy, jak będzie wyglądało streszczenie jednozdaniowe - wystarczy z rozwijanej listy wybrać "1", kliknąć Highlight! i otrzymujemy:

Highlights

Top 1 highlights automatically generated by GreatSummary

  • 4. Invest Time In Your New Communities You need to invest the time to build these networks of people, just like you did in MySpace. (0)
Cóż  - całkiem rozsądne...
Dodam, że GreatSummary analizuje treść pod kątem identyfikacji słów kluczowych, wychwytując główne wątki i powtarzając proces aż do osiągnięcia wymaganej ilości zdań.

Ciekawe? Moim zdaniem - tak!

I na koniec - polski akcent.
Wrzuciłem do serwisu jeden z ostatnich, dłuższych wpisów z Poradnika Internauty (Paweł - daruj...) - Dlaczego lubię blogi.
Widać, że GrestSummary nie trawi polskich liter - ale jak u licha przeanalizował treść po polsku i dokonał w miarę dobrego skrótu?!


Highlights

Top 3 highlights automatically generated by GreatSummary

Source: User Text

  • Jednak to w?a?nie blogi obni?y?y t? poprzeczk? do poziomu nie wy?szego ni? umiej?tno?? obs?u?enia komputera, dzi?ki czemu nagle w publicznym obiegu my?li pojawi?o si? mn?stwo os?b, kt?re uprzednio nie mia?y szansy w nim zaistnie?. Najwi?ksz? warto?ci? Internetu s? przecie? sami internauci, a nigdy wcze?niej nie pojawi?o si? w nim tak wielu ludzi maj?cych co? interesuj?cego do powiedzenia. (0)
  • Czasem, raz na sto, raz na tysi?c, pojawia si? autentyczny diament - to intryguj?ca tre?? albo ?wietny j?zyk, nierzadko humor czy zaskakuj?ca g??bia przemy?le?, niekiedy po prostu odmienno?? ucz?ca tolerancji, pokazuj?ca, ?e s? r??ne punkty widzenia. (0)
  • To agregatory s? dla mnie interfejsem ogromnej grupy blog?w rozmaitej ma?ci, a ich technicznej sprawno?ci i wyczuciu, wr?cz smakowi, powierzam dob?r tre?ci, kt?re cho? mign? mi przez chwil? w czytniku. (0)

 

 

20:11, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (6) »
wtorek, 25 listopada 2008

Lunascape to bardzo ciekawa przeglądarka internetowa. 

Dlaczego bardzo ciekawa? Bo na pytanie – jakiego „silnika” używa do renderowania stron, odpowiedź brzmi: zależy, jaki wybierzemy...

Aktualna wersja przeglądarki, Lunascape5 Alpha Version 5.0 alpha, jest dostępna pod adresem http://www.lunascape.tv/download/Default.aspx (w wersji angielskiej i japońskiej – przeglądarka jest dziełem  japońskiej firmy Lunascape Corporation).
Start nie jest taki łatwy, jak się pisze – po zainstalowaniu, przeglądarka
Lunascape działała, ale „dociągała” sobie do pełni szczęścia Gecko Plugin (12,5 MB) i WebKitSetup102 (tu tylko ok. 8,5 MB).

 

Ale za to potem...

Potem możemy szaleć i wybierać, jakiego silnika renderującego używamy. Mamy trzy możliwości:

- Trident (używany w IE),

- Gecko (Firefox),

- WebKit (Safari, ostatnio Chrome).

 

Jak przełączamy „engine”? Proste...

Domyślny silnik wybieramy z menu Tools, Lunascape Setting.

 

Możemy też zmienić silnik „w locie” - klikamy prawym klawiszem myszy na wybranej karcie i w menu Rendering Engine dokonujemy wyboru. Otwarta karta zostanie samoczynnie  zaktualizowana, już na wybranym silniku.

 

Efekt jest taki, że możemy mieć trzy karty, a każda – renderowana innym silnikiem. Ciekawe. 


Jaki silnik mamy wybrany dla aktualnie wybranej karty poznamy po ikonie na pasku stanu. Tu też możemy go zmienić.

Jakie to ma znaczenie? Nie muszę chyba pisać o stronach otwierających się np. tylko w IE, albo źle działających w Operze. Bez wątpienia najwięcej pożytku mogą z takiego rozwiązania mieć webmasterzy - możliwość wygodnego obejrzenia projektowanego serwisu w jednym z trzech głównych "silników" to właśnie to, czego potrzebują. 
Z kolei firma Lunascape Corporation wyjaśnia sprawę dość prosto: Trident - ponieważ większość stron jest z nim zgodnych, Gecko - szybkie wykonywanie kodu JavaScript, WebKit - ogólna szybkość przeglądania.

Dodam, że do ulubionych stron można przypisać w Ustawieniach konkretny silnik renderujący.

Najwięcej pisze się o trzech silnikach, ale Lunascape to dość rozbudowana i ciekawa przeglądarka, obsługująca m. in kanały RSS (niektóre są wstępnie ustawione – np. Digg i TechCrunch – to chyba przeglądarka dla geeków...), skórki czy gesty myszy.
Filozofia działania jest bardziej zbliżona do Opery, niż do "liska" - większość rzeczy mamy na pokładzie już po instalacji przeglądarki,   Możliwości konfiguracji są rzeczywiście duże. Przyjrzę się jej jeszcze.

 

Na koniec – o szybkości, którą chwalą się twórcy Lunascape.
Rzeczywiście, kiedy Lunascape "dociągnęła" już co trzeba, działała dosyć żwawo. Natomiast potwierdzam opinię Webware.com w kwestii długiego startu – jest to chyba wina konieczności załadowania trzech silników, ale też – licznych funkcji dodatkowych typu kanały RSS, uruchamianych przy starcie. Na szczęście Lunascape nie ma jakiegoś dramatycznego zapotrzebowania na pamięć - około 70 MB pamięci przy 4 otwartych kartach.  

 

22:07, one.jack , Ciekawe
Link Komentarze (4) »
CityMelt to niezwykła strona. Nigdy nie pasjonowałem się danymi statystycznymi, ale to, co można znaleźć w  tym serwisie...

CityMelt przedstawi nam dane o miastach, miasteczkach i osadach w USA. O około 50.000 miejsc! PIĘĆDZIESIĄT TYSIĘCY - do głowy by mi nie przyszło, że jest ich tyle.

Drugi szok - są to dane BARDZO SZCZEGÓŁOWE...
Wiadomo, Amerykanie są pasjonatami statystyki - a strona CityMelt pokazuje, jak można to wykorzystać i przedstawić.

OK. O co chodzi i jak korzystać ze strony?

Są dwie drogi.
Jeżeli chcemy znaleźć dane o jakimś mieście czy mieścinie, wpisujemy nazwę w okno wyszukiwarki.
Możemy też kliknąć na nazwę stanu - pokaże się alfabetyczna lista miast.



Kliknąłem Bay St. Louis City - ładna nazwa.
Pokazuje się mapka z położeniem miasta oraz długa strona z informacjami.
Czego tu nie mamy? Telefonu do szeryfa (chyba...?).
Ale poza tym są:
-aktualna pogoda i prognoza na tydzień (dość ciepło),
- populacja (8.209 w 2000r, przewaga kobiet - 4.276)
- średnia wieku, średnia wieku w poszczególnych grupach etnicznych, dochody gospodarstw domowych,
- mieszkańcy według ras (można tak pisać? )
# White Non-Hispanic: 79.0%
# Hispanic: 1.7%
# Black: 16.6%
# American Indian: 0.4% itd.
- dane o edukacji, dochodach, przemyśle, biznesie,bezrobociu, narodowościach, najbliższych miastach, usługach,najpopularniejszych zawodach, czasie pracy, paliwach używanych do ogrzewania (gaz - 28,4%), kosztach energii, podatkach, małżeństwach...

Nie wymieniłem nawet połowy - w życiu nie widziałem tak kompletnych danych statystycznych. Szczegółowe dane o pogodzie. O przestępczości - liczba rozbojów w 2007r. spadła z 11 do 6, gwałtów z 4 do 1, ale było 1 zabójstwo. Są wymienione szkoły, szpitale, cmentarze, domy opieki...Dość.

I druga metoda - jeszcze ciekawsza.
Chcemy się osiedlić w USA i szukamy wymarzonego miejsca. No problem.
Na stronie serwisu mamy 25 suwaków, obrazujących różne dane - od populacji w danym mieście, poprzez gęstość zaludnienia, ilość Indian czy białych, aż po dane pogodowe i wysokość nad poziomem morza.

Ustawiamy jeden lub kilka ważnych dla nas parametrów i serwis pokazuje listę miejsc spełniających te kryteria - o ile takie są. Razem z podstawowymi danymi. Tylko klikać, przeczytać szczegółowe dane kilku miast, wybrać najlepsze i w drogę...
Super sprawa. Bez konta i rejestracji w serwisie.
Strona ma być rozbudowywana...

 

16:35, one.jack
Link Komentarze (9) »
niedziela, 23 listopada 2008


Byłem ostatnio nieco zajęty (pisałem m. in. artykuł o wyszukiwarkach...) i przeoczyłem start  ciekawej wyszukiwarki -  Joongel (no tak, podwójne "o" - czyli wyszukiwarka...). Kilka serwisów napisało o niej już miesiąc temu!
OK, nadrabiamy - bo Joongel to ładna rzecz.

Już strona główna robi miłe wrażenie.
Na ekranie kolorowo, ale wiele ikon znajomych - najbardziej popularne serwisy: wyszukiwarki, serwisy muzyczne, społecznościowe, składnice fotografii czy filmów, a wszystko w jednym miejscu. Kliknięcie na ikonę otwiera oczywiście stronę danego serwisu.
No tak, ale to miała być wyszukiwarka (czy raczej - metawyszukiwarka)?

Na górze jest tradycyjne okno do wpisania zapytania , oznaczone jako "1". Dalej są dwa przyciski , przy nich "2" i "3".
Po kilkuminutowej analizie doszedłem do wniosku, że chodzi o kolejność działań - wpisujemy zapytanie, wybieramy kategorię (zakres) spośród 23 tematów i klikamy Search. Do dzieła.

  1. wpisujemy "Joni Mitchell",
  2. zamiast wybrać zakres, pozostawiamy General Search,
  3. klikamy Search.   

Co widzimy? - że Google to podstawa...

Ale na górze widać też pasek z ikonami innych serwisów - Wikipedia, YouTube, Flickr - w sumie 10, w tym Google. Kliknięcie - i otrzymujemy wyniki z Flickra. No, tu przynajmniej konkretne informacje - Joni to blondynka. 

W prawym górnym rogu jest przycisk Switch Category, dający dostęp do nieco inaczej sformułowanych kategorii. Klikamy na Music - leci piosenka Joni  z Last.fm

Fajna wyszukiwarka - i tak miało być.

We created Joongel while thinking about how to make the Internet easier for you - piszą twórcy serwisu, a w logo jest: "Internet, the easy way."
Nie wszystkie zamierzenia zostały zrealizowane - serwis jest na razię w fazie beta.
Jednym z celów ma być dostarczenie wyników wyszukiwania najbardziej odpowiednich do lokalizacji pytającego, ale na razie jest tylko Country: USA, bez możliwości wyboru. Serwis zachęca do zgłaszania innych krajów, deklarując chęć współpracy z osobami lub firmami posiadającymi "głęboką wiedzę" na temat Internetu.
Do naszej przeglądarki (pod warunkiem, że to Firefox lub IE7) można dodać plugin - dowolny wybrany zakres wyszukiwań pojawi się na liście wyszukiwarek przeglądarki. 

 

sobota, 22 listopada 2008

Sobota - jak zwykle ambitny temat z pogranicza kilku dziedzin.
Dzisiaj - emisja modulowanych fal o zakresie częstotliwości 20 Hz - 20 kHz (na pewno nie ja...) w wyniku transformacji kodowanej informacji wizualnej (tekst) na odpowiadające jej zestawy modulowanych dynamicznie fal.

LyricSpit to serwis o muzyce rozrywkowej.
Znajdziemy tam aktualne newsy z serwisu Starpulse - ale nie to jest najważniejsze. Na stronie głównej mamy  Kilkadziesiąt zdjęć solistów i zespołów, jest też okno wyszukiwarki.
Wpiszmy Boba Dylana - niektóre jego piosenki wpadają w ucho (możemy też kliknąć na jedną z fotografii, ale Dylana nie znalazłem)

Otwiera się strona z wyborem piosenek Dylana. DUŻYM wyborem.
Gdy klikniemy na któryś utwór...

Strona zawiera słowa do wybranej piosenki oraz - po prawej - cztery teledyski z YouTube.
Niby nic nadzwyczajnego, ale - po pierwsze - czasem warto wiedzieć, o czym Bob pojękuje (szczególnie na koncertach).
Po drugie - możemy sobie poję... hm... pośpiewać razem z nim.
Osoby mniej uzdolnione wokalnie niech wezmą pod uwagę stan nerwów otoczenia (poza tym uwaga "jęczysz jak potępiony" może być wyrazem troski o nasz stan i nie jest podstawą do rozwodu).

Posłuchajmy lepiej Dylana - kapitalne Man Gave Names to All the Animals (płyta Slow Train Coming, 1979) - oczywiście tylko link z YouTube i tylko dla przyjaciół.

 

Chciałem dać Led Zeppelin - WHOLE LOTTA LOVE, ale ze względu na późną porę...

 

 

Wszystkie główne serwisy newsowe podały już wiadomość, że surowy interfejs Poczty Google - Gmail - można trochę przyozdobić (upiększyć to za duże słowo...).
Opcja jest dostępna dla wszystkich użytkowników, nie są potrzebne żadne niepatriotyczne sztuczki typu zmiana języka na obcy.
Wystarczy w Ustawieniach kliknąć na Kompozycje i wybrać jeden z 31 (na razie) zestawów.
Nie opisuję tego bliżej, bo zrobił to dokładnie P. Wimmer w wersji "dla opornych" tutaj.

No to tuningujemy. Wybrałem temat Drzewo, gugiel spytał o miejsce zamieszkania, wpisałem Cieszyn - może chcą nakręcić Street View? Okazuje się, że temat będzie się zmieniał w rytm zmian w otoczeniu - OK.

Sprawdzam późnym popołudniem pocztę - ekran jakby ciemniejszy - czyli działa, na dworze już ciemno.
Siedzę sobie wieczorem przy kompie, żona coś mówi o padającym śniegu, w TV emocjonują się panią Kruk oraz nadchodzącą zimą - nic to, staram się nie zbliżać do okna (ani do telewizora - tym bardziej...), nie ma się co denerwować.
Wchodzę na Gmail - no ładne kwiatki. Właśnie - nie kwiatki, tylko coś takiego: 



Cóż, trzeba będzie na zimę zmienić miejsce zamieszkania na Karaiby. Przynajmniej wirtualnie - do wiadomości Google. Pisz Pan na Karaiby - nawet fajnie brzmi.

 
1 , 2 , 3 , 4